WYJAZD
Zbliżały
się kolejne
wakacje a pomysł na to jak je spędzić majaczył gdzieś w oddali.
Początkowo chcieliśmy wrócić do planu sprzed kilku lat, aby
odwiedzić Bułgarię i ulokować się gdzieś na jej czarnomorskim
wybrzeżu, jak najdalej na południe tak aby mieć możliwość
jednodniowego wypadu do Stambułu. Mapy i przewodniki Rumunii,
Bułgarii czekały na ten moment już od trzech lat. Wiadomości z
sieci, o tych rejonach też zebrało się trochę. Najmniej
zachęcające były te dotyczące Stambułu. Do dzisiaj nie
rozgryzłem tego jak można się tam wybrać. Samochodem jest to
ponoć dość ryzykowne z powodu dość dużego ruchu i kłopotów
z parkowaniem. Z wycieczką autobusem może być problem, bowiem
Bułgarzy życzą sobie aby ktoś kto przyjechał do nich samochodem,
opuszczał ich piękny kraj tym samym środkiem lokomocji, w związku
z czym zachodzi prawdopodobieństwo wysadzenia z autobusu na granicy
z Turcją. Absurd do kwadratu! Ale czy mało ich spotykaliśmy w
naszych podróżach?
Z
czasem pojawił się
jeszcze jeden problem. Otóż nasze pociechy wybierały się w
różnych terminach na obozy językowe i gdy terminy te nabrały
konkretnych kształtów okazało się, że do dyspozycji
pozostaje nam tylko dwanaście dni na przełomie czerwca i lipca. W
tym układzie moglibyśmy zabrać tylko Michała, bo Małgosia byłaby
akurat w tym czasie na obozie. Nasza córka jest w tym wieku,
że przestała pałać nieodpartą chęcią wspólnego z nami i
bratem, spędzenia wakacji, więc termin ten nabierał coraz
większego prawdopodobieństwa, tym bardziej że Michał jest jeszcze
za młody aby wpaść na podobny pomysł więc wariant: Michał
zostaje a Małgorzata jedzie z nami nie wchodził w grę.
Dwanaście
dni to jednak
chyba za mało na realizację naszego bułgarskiego planu. Trzeba
było zatem wymyślić plan zastępczy. I tu jak zwykle z pomocą
przyszedł Internet. Założenia były takie: miejsce gdzie jeszcze
nie byliśmy lub byliśmy przejazdem, cenowo na naszą kieszeń,
podróż może trwać tylko jeden dzień, na miejscu jest woda
(nie koniecznie morze) do kąpieli i tyle ciekawych rzeczy w pobliżu
do zobaczenia aby można je było odwiedzać na przemian z uciechami
plażowo-kąpielowymi. Zbiorem rozwiązań tego układu równań
były miejscowości nad Dunajem gdzie są termalne kąpieliska.
Szczegółową lokalizację wskazało założenie o mniej
więcej równej odległości od Budapesztu i Wiednia oraz duża
ilość prywatnych kwater tak aby zwiększyć szansę na wynajęcie
czegoś z marszu, bez rezerwacji. I tu w okienku
„wynik” pokazała
się nazwa: „Veľký Meder” lub
„Nagymegyer”, nad
granicą węgiersko-... węgierską ale nie na Węgrzech a na
Słowacji. Dlaczego granicę tę tak nazwałem – o tym
później.
I
tak nadszedł dzień
wyjazdu – 24 czerwca 2006 roku. Granicę polsko-czeską już nie
pierwszy raz przekroczyliśmy na przejściu Boboszów -
Dolní
Lipka. Po zakupieniu winietki na czeskie autostrady (za
złotówki,
bo dziwnym trafem po drodze jeszcze przed granicą, w Polsce kantory
były pozamykane) kierujemy się na Králíky i dalej
przez Jablonné nad Orlicí, Lanškroun,
Svitavy do Brna,
gdzie wjeżdzamy na autostradę. I tu należy wspomnieć, że do celu
podróży z domu mieliśmy do pokonania ok. 565 km (czyli mniej
więcej tyle co do Sejn za Suwałkami) z czego ok. ¼
autostradą, co znacznie skraca czas podróży. Druga granica
jaką przychodzi nam przekroczyć to granica czesko-słowacka na
autostradzie w pobliżu miejscowości Břeclav –
Kúty.
Obiecywaliśmy sobie, że obiad zjemy w Bratysławie, ale posililiśmy
się nieco wcześniej na jednej ze stacji benzynowych przy
autostradzie. Przejazd przez Bratysławę nie sprawia nam większego
kłopotu, mimo remontów dróg, są one dość dobrze
oznakowane. Ze stolicy Słowacji kierujemy się na Komarno
(Komárom)
i Štúrovo (Párkány). Mijamy
miejscowości:
Šamorín (Somorja) i Dunajská Streda
(Dunaszerdahely)
aby w końcu ok. godziny siedemnastej ujrzeć tablicę z nazwą
Veľký Meder. Co ciekawe, pod białą tablicą z czarnymi
literami widnieje granatowa z białym literami wypisaną węgierską
nazwą: Nagymegyer. Jak później ustaliliśmy wiele
miejscowości na Nizinie Naddunajskiej jest tak oznakowanych. Widząc
takie oznakowanie od razu przypominamy sobie pobyt w Chorwacji, na
półwyspie Istria, gdzie np. w w miasteczku Rovinj
spotykaliśmy oznakowanie ulic w językach chorwackim i włoskim.
Pamiętamy też podwójne oznaczenie nazw miejscowości po
słowackiej stronie granicy w okolicach Muszyny, gdzie np. nazwa wsi
Ruská
Voľa
n. Popradom była uzupełniona nazwą w języku ukraińskim.
|
Po rozpadzie Monarchii
Austro-węgierskiej Górne Węgry czyli Słowacja (a w tym
Nizina Naddunajska) znalazły się w granicach nowo powstałej 28
października 1918 roku Czechosłowacji. Stan ten trwał aż do 2-11-1938
gdy miał miejsce tzw. pierwszy arbitraż wiedeński, w wyniku
którego przyznano Węgrom terytorium o łącznej powierzchni 11
927 km2, zamieszkałe przez ponad 852 tys.
osób. Z liczby tej 59% stanowili obywatele narodowości
węgierskiej, 34% słowackiej, 3.07% żydowskiej, 1.5% niemieckiej, 0.2%
ukraińskiej. Pozostałe narodowości stanowiły 1.7%. Część
mieszkańców tych terenów (ok. 70-100 tys.
osób) przekroczyło granicę wyjeżdżając na Słowację. Powstała
na mocy arbitrażu granica nie przebiegała już Dunajem, ale na
północ od niego, wzdłuż linii: Senec – Galanta
– Vráble – Levice – Lučenec
– Rimavská Sobota – Jelšava
– Rožňava – Košice –
Veľké Kapušany. Na mocy tego aktu do Węgier
włączono także część Rusi Zakarpackiej z Użhorodem. Granica
Czechosłowacko-Węgierska w tym kształcie przestała istnieć z końcem II
wojny światowej, co formalnie zostało potwierdzone 10 lutego 1947 roku
na Konferencji Pokojowej w Paryżu, gdzie unieważniono postanowienia
pierwszego arbitrażu wiedeńskiego. Obecnie 10 390 km2
spornych terenów znajduje się w granicach Republiki
Słowackiej. W chwili obecnej mniejszość węgierska na Słowacji stanowi
9,7 % ogółu ludności przy czym liczba mieszkańców
narodowości węgierskiej na terenie Niziny Naddunajskiej dochodzi do 90%.
|
Po
przyjeździe do miasta
w pierwszej kolejności odszukujemy termalne kąpielisko, aby
móc
znaleźć kwaterę położoną jak najbliżej. W trzecim z rzędu
odwiedzanym przez nas domu znajdujemy wolne miejsca, co prawda tylko
do najbliższej niedzieli ale decydujemy się tu zostać, gdyż lokum
bardzo przypadło nam do gustu a i cena nie jest wygórowana.
Z
gospodarzami dogadujemy się bez większych problemów, mimo że
między sobą rozmawiają jedynie po węgiersku. Ich córka
zdaje się nie znać słowackiego wcale. Nasza kwatera to jeden
czteroosobowy pokój z kuchnią, łazienką z prysznicem i WC.
Pokój jest jednym z trzech, znajdujących się w parterowym
budynku, wzdłuż którego ciągnie się zadaszony taras. Przy
wejściu do każdego z pokoi jest stolik z krzesłami do spożywania
posiłków na świeżym powietrzu. Wokół jest
mnóstwo
kwiatów w gruncie i w donicach, co stwarza miłą atmosferę.
Z tyłu budynku, także pod zadaszeniem jest mały grill i stół
do tenisa. Obok na trawiastym podwórzu pod drzewem huśtawka.
Pod murem oddzielającym podwórze od sąsiedniej posesji jest
utwardzone miejsce do parkowania dla trzech samochodów.
Sądząc
z tego co widzieliśmy przed wyjazdem na zdjęciach zamieszczonych w
internecie, w Veľkým Mederze dość sporo kwater jest
zagospodarowana właśnie w ten sposób. Po rozpakowaniu się,
idziemy na spacer w kierunku termalnego kąpieliska aby zobaczyć
najbliższą okolicę.
|