Rapsodia Węgierska
czyli Austro-(Słowacko)-Węgierskie wakacje A. D. 2006
 
Strona główna
Trasa
1. Wyjazd
2. Veľký Meder
3. Budapeszt
4. Bratysława
5. Győr
6. Wiedeń
7. Komárno
8. Esztergom
9. Podhájska
10. Powrót 
Księga gości
Kontakt
Document made with Nvu


WYJAZD

Zbliżały się kolejne wakacje a pomysł na to jak je spędzić majaczył gdzieś w oddali. Początkowo chcieliśmy wrócić do planu sprzed kilku lat, aby odwiedzić Bułgarię i ulokować się gdzieś na jej czarnomorskim wybrzeżu, jak najdalej na południe tak aby mieć możliwość jednodniowego wypadu do Stambułu. Mapy i przewodniki Rumunii, Bułgarii czekały na ten moment już od trzech lat. Wiadomości z sieci, o tych rejonach też zebrało się trochę. Najmniej zachęcające były te dotyczące Stambułu. Do dzisiaj nie rozgryzłem tego jak można się tam wybrać. Samochodem jest to ponoć dość ryzykowne z powodu dość dużego ruchu i kłopotów z parkowaniem. Z wycieczką autobusem może być problem, bowiem Bułgarzy życzą sobie aby ktoś kto przyjechał do nich samochodem, opuszczał ich piękny kraj tym samym środkiem lokomocji, w związku z czym zachodzi prawdopodobieństwo wysadzenia z autobusu na granicy z Turcją. Absurd do kwadratu! Ale czy mało ich spotykaliśmy w naszych podróżach?

Z czasem pojawił się jeszcze jeden problem. Otóż nasze pociechy wybierały się w różnych terminach na obozy językowe i gdy terminy te nabrały konkretnych kształtów okazało się, że do dyspozycji pozostaje nam tylko dwanaście dni na przełomie czerwca i lipca. W tym układzie moglibyśmy zabrać tylko Michała, bo Małgosia byłaby akurat w tym czasie na obozie. Nasza córka jest w tym wieku, że przestała pałać nieodpartą chęcią wspólnego z nami i bratem, spędzenia wakacji, więc termin ten nabierał coraz większego prawdopodobieństwa, tym bardziej że Michał jest jeszcze za młody aby wpaść na podobny pomysł więc wariant: Michał zostaje a Małgorzata jedzie z nami nie wchodził w grę.

Dwanaście dni to jednak chyba za mało na realizację naszego bułgarskiego planu. Trzeba było zatem wymyślić plan zastępczy. I tu jak zwykle z pomocą przyszedł Internet. Założenia były takie: miejsce gdzie jeszcze nie byliśmy lub byliśmy przejazdem, cenowo na naszą kieszeń, podróż może trwać tylko jeden dzień, na miejscu jest woda (nie koniecznie morze) do kąpieli i tyle ciekawych rzeczy w pobliżu do zobaczenia aby można je było odwiedzać na przemian z uciechami plażowo-kąpielowymi. Zbiorem rozwiązań tego układu równań były miejscowości nad Dunajem gdzie są termalne kąpieliska. Szczegółową lokalizację wskazało założenie o mniej więcej równej odległości od Budapesztu i Wiednia oraz duża ilość prywatnych kwater tak aby zwiększyć szansę na wynajęcie czegoś z marszu, bez rezerwacji. I tu w okienku „wynik” pokazała się nazwa: „Veľký Meder” lub „Nagymegyer”, nad granicą węgiersko-... węgierską ale nie na Węgrzech a na Słowacji. Dlaczego granicę tę tak nazwałem – o tym później.

I tak nadszedł dzień wyjazdu – 24 czerwca 2006 roku. Granicę polsko-czeską już nie pierwszy raz przekroczyliśmy na przejściu Boboszów - Dolní Lipka. Po zakupieniu winietki na czeskie autostrady (za złotówki, bo dziwnym trafem po drodze jeszcze przed granicą, w Polsce kantory były pozamykane) kierujemy się na Králíky i dalej przez Jablonné nad Orlicí, Lanškroun, Svitavy do Brna, gdzie wjeżdzamy na autostradę. I tu należy wspomnieć, że do celu podróży z domu mieliśmy do pokonania ok. 565 km (czyli mniej więcej tyle co do Sejn za Suwałkami) z czego ok. ¼ autostradą, co znacznie skraca czas podróży. Druga granica jaką przychodzi nam przekroczyć to granica czesko-słowacka na autostradzie w pobliżu miejscowości Břeclav – Kúty. Obiecywaliśmy sobie, że obiad zjemy w Bratysławie, ale posililiśmy się nieco wcześniej na jednej ze stacji benzynowych przy autostradzie. Przejazd przez Bratysławę nie sprawia nam większego kłopotu, mimo remontów dróg, są one dość dobrze oznakowane. Ze stolicy Słowacji kierujemy się na Komarno (Komárom) i Štúrovo (Párkány). Mijamy miejscowości: Šamorín (Somorja) i Dunajská Streda (Dunaszerdahely) aby w końcu ok. godziny siedemnastej ujrzeć tablicę z nazwą Veľký Meder. Co ciekawe, pod białą tablicą z czarnymi literami widnieje granatowa z białym literami wypisaną węgierską nazwą: Nagymegyer. Jak później ustaliliśmy wiele miejscowości na Nizinie Naddunajskiej jest tak oznakowanych. Widząc takie oznakowanie od razu przypominamy sobie pobyt w Chorwacji, na półwyspie Istria, gdzie np. w w miasteczku Rovinj spotykaliśmy oznakowanie ulic w językach chorwackim i włoskim. Pamiętamy też podwójne oznaczenie nazw miejscowości po słowackiej stronie granicy w okolicach Muszyny, gdzie np. nazwa wsi Ruská Voľa n. Popradom była uzupełniona nazwą w języku ukraińskim.


Po rozpadzie Monarchii Austro-węgierskiej Górne Węgry czyli Słowacja (a w tym Nizina Naddunajska) znalazły się w granicach nowo powstałej 28 października 1918 roku Czechosłowacji. Stan ten trwał aż do 2-11-1938 gdy miał miejsce tzw. pierwszy arbitraż wiedeński, w wyniku którego przyznano Węgrom terytorium o łącznej powierzchni 11 927 km2, zamieszkałe przez ponad 852 tys. osób. Z liczby tej 59% stanowili obywatele narodowości węgierskiej, 34% słowackiej, 3.07% żydowskiej, 1.5% niemieckiej, 0.2% ukraińskiej. Pozostałe narodowości stanowiły 1.7%. Część mieszkańców tych terenów (ok. 70-100 tys. osób) przekroczyło granicę wyjeżdżając na Słowację. Powstała na mocy arbitrażu granica nie przebiegała już Dunajem, ale na północ od niego, wzdłuż linii: Senec – Galanta – Vráble – Levice – Lučenec – Rimavská Sobota – Jelšava – Rožňava – Košice – Veľké Kapušany. Na mocy tego aktu do Węgier włączono także część Rusi Zakarpackiej z Użhorodem. Granica Czechosłowacko-Węgierska w tym kształcie przestała istnieć z końcem II wojny światowej, co formalnie zostało potwierdzone 10 lutego 1947 roku na Konferencji Pokojowej w Paryżu, gdzie unieważniono postanowienia pierwszego arbitrażu wiedeńskiego. Obecnie 10 390 km2 spornych terenów znajduje się w granicach Republiki Słowackiej. W chwili obecnej mniejszość węgierska na Słowacji stanowi 9,7 % ogółu ludności przy czym liczba mieszkańców narodowości węgierskiej na terenie Niziny Naddunajskiej dochodzi do 90%.

Po przyjeździe do miasta w pierwszej kolejności odszukujemy termalne kąpielisko, aby móc znaleźć kwaterę położoną jak najbliżej. W trzecim z rzędu odwiedzanym przez nas domu znajdujemy wolne miejsca, co prawda tylko do najbliższej niedzieli ale decydujemy się tu zostać, gdyż lokum bardzo przypadło nam do gustu a i cena nie jest wygórowana. Z gospodarzami dogadujemy się bez większych problemów, mimo że między sobą rozmawiają jedynie po węgiersku. Ich córka zdaje się nie znać słowackiego wcale. Nasza kwatera to jeden czteroosobowy pokój z kuchnią, łazienką z prysznicem i WC. Pokój jest jednym z trzech, znajdujących się w parterowym budynku, wzdłuż którego ciągnie się zadaszony taras. Przy wejściu do każdego z pokoi jest stolik z krzesłami do spożywania posiłków na świeżym powietrzu. Wokół jest mnóstwo kwiatów w gruncie i w donicach, co stwarza miłą atmosferę. Z tyłu budynku, także pod zadaszeniem jest mały grill i stół do tenisa. Obok na trawiastym podwórzu pod drzewem huśtawka. Pod murem oddzielającym podwórze od sąsiedniej posesji jest utwardzone miejsce do parkowania dla trzech samochodów. Sądząc z tego co widzieliśmy przed wyjazdem na zdjęciach zamieszczonych w internecie, w Veľkým Mederze dość sporo kwater jest zagospodarowana właśnie w ten sposób. Po rozpakowaniu się, idziemy na spacer w kierunku termalnego kąpieliska aby zobaczyć najbliższą okolicę.