WIEDEŃ
W
piątek cały dzień spędzamy na kąpielisku w Veľkým
Mederze. Tego dnia idziemy spać dość wcześnie, bowiem w sobotę 1
lipca czeka nas wczesna pobudka, z względu na wyjazd do Wiednia.
Wstać musieliśmy dość wcześnie aby dojechać do Bratysławy na
godzinę siódmą, bowiem do odprawy paszportowej należało
stawić się pół godziny przed planowanym wypłynięciem
wodolotu. Samochód zaparkowaliśmy na strzeżonym parkingu
nieopodal przystani. Co prawda o tej godzinie nie było jeszcze tam
parkingowego, mieliśmy nadzieję jednak, że niebawem się pojawi.
Odprawa rozpoczęła się z opóźnieniem. Zakończyła się
jednak zgodnie z planem, mimo że pasażerowie spoza Unii
Europejskiej byli poddawani dość drobiazgowej kontroli, w tym bodaj
jeden Japończyk i kilku przybyszów z Kolumbii, a
szczególnie
jeden z nich posiadający paszport w innym kolorze niż pozostali.
Zawsze wydawało nam się, że najgłośniejszą nacją są Niemcy
(szczególnie ci, pochodzący z obszaru dawnego NRD). Nic
bardziej błędnego! Nie znaliśmy dotąd Kolumbijczyków.
Hiszpański było słychać wszędzie: na pokładzie, pod pokładem,
na dziobie i na rufie. Pięć, a jak się potem okazało w zasadzie
cztery, osoby opanowały nasz wodolot błyskawicznie i nieodwołalnie.
Wodolot (dość leciwa radziecka jeszcze maszyna) niósł nas
po falach Dunaju w stronę Wiednia. Po ok. 3,5 km żeglugi wpływamy
na część rzeki stanowiącą granicę pomiędzy Austria i Słowacją,
która ciągnie się przez dalsze 7.5 km wzdłuż rzeki. Dalej
juz po obu stronach widzimy Austrię. Po dalszych 30 km wpływamy do
śluzy, podobnej, jaką widzieliśmy w Gabcikovie. Tym razem mamy
możliwość obserwowania napełniania śluzy, z jej wnętrza. Cała
operacja trwa dość szybko i zgodnie z planem około godziny 9.15
dopływamy do prowizorycznego pływającego pomostu w Wiedniu przy
Handelskai na wysokości Lassallestraße. Na podbój
Wiednia ruszamy zaraz po kontroli paszportowej (znowu Kolumbijczycy
mają problemy), właśnie ulicą Lassallestraße,
którą
docieramy do parku rozrywki znanego pod nazwą
„Prater”. Niestety
nie mamy czasu aby go odwiedzić a poza tym jest chyba jeszcze za
wcześnie aby był czynny. Na wysokości Prateru po prawej stronie
ulicy, którą się posuwamy jest blokowisko wybudowane we
wczesnych latach sześćdziesiątych. Robi dość ponure wrażenie,
głównie za przyczyną wszechobecnego bałaganu. Zastanawiam
się gdzie widziałem większy nieporządek: tu czy też w Ulciniju,
na pograniczu Czarnogóry i Albanii. Na trawnikach przed
blokami, walają się nawet wózki z marketów.
Niezbyt
dobre, pierwsze wrażenie jak na stolicę jednego z państw starej
piętnastki! No ale, trzeba też powiedzieć, że mało kto dociera
do Wiednia od tej strony. Nasz niemiecki jest dość pobieżny,
podobnie jak informacje o miejskiej komunikacji w Wiedniu,
postanawiamy więc zwiedzać miasto „z buta”, mimo że
mijamy
własne dość sporej wielkości węzeł połączeń tramwajowych i
stację metra. Po chwili jesteśmy już na ulicy Praterstraße,
która dochodzimy do mostu Schwedenbrücke nad
kanałem
Donaukanal, łączącym dzielnicę Leopoldstadt ze starówką
(Innere Stadt), gdzie zmierzamy. Idąc dalej przez chwilę przykuwa
naszą uwagę wyróżniający się nieco spośród
otaczającej dość ciasnej zabudowy, gmach grekokatolickiej świątyni
przy uliczce Griechenmarkt, którą docieramy do jednego z
głównych ciągów handlowych Starego Miasta, jaką
jest
ulica Rotenturmstraße. Po chwili stajemy przed Katedrą Św.
Szczepana na placu o tej samej nazwie. Widok jest wspaniały, co
prawda ogrom budowli nie pozwala na wykonanie przyzwoitych zdjęć,
bez użycia specjalistycznego sprzętu, mimo że plac, na
którym
stoi ma dość spore rozmiary. Po wyjściu z katedry, kierujemy się
ulicą a w zasadzie placem Graben w kierunku pałacu Hofburg. Plac
Graben to jeden z najważniejszych punktów w mieście,
powstały w wyniku zasypania dawnej fosy (graben = kopać).
Przez długie lata, plac ten pełnił rolę targowiska. Na obydwu
krańcach placu znajdują się fontanny: na jednym Fontanna
Józefa,
na drugim Fontanna Leopolda, niemalże pośrodku stoi zaś Kolumna
Morowa (Zarazy) (niem. Pestsäule),
której wygląd i geneza przywodzi natychmiast na myśl kolumnę
Św. Trójcy z Budapesztu. Przez chwilę nasz wzrok przykuwa
fronton kościoła Św. Piotra na Petersplatz, gdzie wg. Legendy w
792 roku miał zatrzymać się Karol Wielki, z którego
polecenia wzniesiono tu kościól na ruinach rzymskiego domu z
IV w. Targiem Kapuścianym (Kohlmarkt) mijamy kościół Św.
Michała i dochodzimy do Pałcu Cesarskiego Hofburg a ściślej jego
części zwanej skrzydłem Św. Michała. Mijając bogato zdobiony
portal wchodzimy na Dziedziniec Cesarski, gdzie dobiegają nas
dźwięki muzyki. To oryginalna c.k. kapela wojskowa „Hoch- und
Deutschmeister” w tradycyjnych niebieskich mundurach,
która
w każdą sobotę o godzinie 11 (od 29 kwietnia do 14 października)
formuje się na ulicy Graben a potem przy dźwiękach muzyki
maszeruje na wewnętrzny dziedziniec Hofburgu, zwany „In den
Burg”,
gdzie pod pomnikiem Cesarza Franciszka I daje czterdziestominutowy
koncert złożony z utworów Franza Lehára, Carla
Michaela Ziehrera i Roberta Stolza. Około godziny 12 orkiestra
powraca marszowym krokiem na Graben. Kapela składa się z 35
muzyków
w wieku od 18 do 82 lat. Historia tego wojskowego zespołu muzycznego
sięga roku 1741. Każdy z instrumentów muzycznych kapeli
(kosztujący od 3000 do 4000 euro) został wykonany na specjalne
zamówienie oraz nastrojony o pół tonu wyżej niż
zwykłe instrumenty, co powoduje, że muzykę tej orkiestry słychać
szczególnie daleko. Atmosfera koncertu jest wspaniała,
przybywa coraz więcej słuchaczy, nikt nie odchodzi. Każdy
utwór
jest nagradzany gromkimi brawami. Po wysłuchaniu koncertu udajemy
się XVI w. portalem zwanym „Schweizertor” w
kierunku Nowego
Pałacu Cesarskiego (Neue Hofburg) a stamtąd do Volksgarten,
ogrodów
otwartych w 1820 roku, stanowiących niegdyś ulubione miejsce
spotkań wiedeńskiej arystokracji. Chwilę odpoczywamy na ławeczce
w nieopodal znajdującej się w centrum ogrodu świątyni Tezeusza.
Wychodząc z ogrodów, znajdujemy się przy Teatrze Cesarskim,
od którego już tylko kilka kroków dzieli nas od
XIX w.
Nowego Rarusza – wystawnego, reprezentacyjnego gmachu, przed
którym
trwają jeszcze ostatnie przygotowania do rozpoczynającego się
dzisiaj a trwającego aż do 3 września festiwalu filmowego. Być w
Wiedniu i nie wstąpić do jednej z tutejszych cukierni? Nie, to nie
do pomyslenia. Niedaleko ratusza, pod numerem 8, jest prawdziwa
wiedeńska cukiernia z tradycjami założona w 1891roku, Konditorei
Sulka (http://www.sluka.at/),
gdzie też skierowaliśmy swoje kroki, aby skosztować kawy po
wiedeńsku. Kawiarnia jest na tyłach gmachu Parlamentu, który
był kolejnym celem naszej wędrówki. Przed parlamentem mijamy
fontannę Pallas Ateny – bogini mądrości, wraz z alegoriami
Władzy Ustawodawczej i Władzy Wykonawczej. Zewnętrzna szata
architektoniczna gmachu jest pod wyraźnymi wpływami antycznej
sztuki greckiej. Budynek wręcz poraża jasnością ścian,
szczególnie na tle dość zachmurzonego nieba. Idąc dalej
nieco z boku zostawiamy Pałac Sprawiedliwości i docieramy do placu
Cesarzowej Marii Teresy z wznoszącym się w jego centralnej części
jej pomnikiem. Na wprost pomnika znajduje się główna brama
wiodąca do pałacu Neue Hofburg (Burgtor), a po jego obu stronach
plac zamykają dwa niemal identyczne sporych rozmiarów
budynki. Są to muzea: Muzeum Historii Sztuki i Muzeum Przyrodnicze.
W tym miejscu przedostajemy się na drugą stronę ulicy Ring aby
wejść do ogrodów pałacowych gdzie zatrzymujemy się na
chwilę przed pomnikiem Mozarta. W niedalekiej odległości są tu
też pomniki Cesarzy: Franciszka I, Franciszka Józefa oraz
(już poza obrębem ogrodu pałacowego) pomnik Goethego. Stąd po
chwili dochodzimy do gmachu Opery Wiedeńskiej, skąd postanawiamy
wracać już w kierunku Dunaju. Nasz powrót rozpoczynamy jedną
z najstarszych ulic Wiednia Kärntnerstraße,
która
jako pierwsza w mieście, w 1974 roku została przekształcona w
strefę ruchu tylko dla pieszych. Ze względu na jej niepowtarzalny
charakter podkreślany przez dużą liczbę starych sklepów i
kawiarni z ogródkami na wolnym powietrzu, a także występami
ulicznych grajków i aktorów – jest ona
popularnym
bulwarem spacerowym – miejscem ulubionym zarówno
przez
mieszkańców jak i turystów. W jednej z księgarń
kupujemy tu nową edycję ilustrowanego przewodnika „Wiedeń
–
Miasto Cesarskie”. Szata edytorska jest bardzo podobna do
publikacji jakie już w tym roku nabyliśmy w trakcie naszych
podróży, będąc w Londynie, Windsorze i parę dni temu w
Budapeszcie. Zbliża się godzina druga popołudniu i tłok na ulicy
jest dość spory a i w sklepach jest sporo ludzi. Nie przeszkadza
nam to jednak zrobić tu i ówdzie zakupów. Gdy
docieramy w okolice Donaukanal, nabrzeżem Franciszka Józefa
posuwa się już wiedeńska odmiana berlińskiej Loveparade. Na
motocyklach i naczepach ciągniętych przez ciągniki siodłowe
jedzie różnokolorowa ekipa dość niecodziennie ubranej (lub
nie) młodzieży. Przejazdu pilnują znaczne siły policji. Jednak
wydaje się, że najwięcej jest gapiów. Impreza robi wrażenie
dość żałosne. Nikt jednak nie protestuje, większość stojącej
na chodnikach „publiczności” odbiera to jako swego
rodzaju
atrakcję turystyczną. Na Praterstraße wchodzimy na chwilę do
Mc'Donalda i kupujemy coś na kształt obiadu zastępczego,
który
jednak konsumujemy już na ławeczce na przystani w oczekiwaniu na
odprawę paszportową. Na chwilę przed planowanym wypłynięcia,
pojawia się samochód z urzędnikiem straży granicznej i
odprawa przebiega bez zbędnej zwłoki. Odpływamy zgodnie z planem o
17.00. W Bratysławie jesteśmy o godzinie 18.30, ale tu czeka nas
jeszcze jedna, tym razem dość ślamazarna odprawa. Po dopełnieniu
tego obowiązku ruszamy na spacer po Bratysławie, z zamiarem
odnalezienia m. in. „Čumila podgladacza”. Po
krótkim
poszukiwaniu trafiamy na niego na narożniku ulic: Panskiej i
Rybarskiej. Trzeba tylko uważaći, żeby się o niego nie
przewrócić. Čumil to podglądacz, który zrobił
sobie
przerwę w pracy i wychylając się z ulicznego kanału, gapi się
dziewczynom pod spódnice. Postać, dzieło artysty Viktora
Hulíka, zyskała sympatię turystów i stała się
ulubionym obiektem do fotografowania. Poza Čumilem są i inne
postacie zaludniające bratysławską starówkę. Jeden z nich
to żołnierz armii napoleońskiej opierający się o jedną z ławek
na placu Hlavné námestie. Większość
odwiedzających
to miejsce jest przekonana, że jest o sam Cesarz Napoleon (głownie
za przyczyną charakterystycznego nakrycia głowy), który
przebywał wraz ze swą armią w Bratysławie w roku 1805). Ławka ma
bardzo duże powodzenie i rzadko kiedy można z niej skorzystać. Na
przeciwległym krańcu placu w budce wartowniczej stoi posąg
żołnierza. Inna z postaci zaskakujących przechodnia to Schöne
Naci, legenda Bratysławy ze stosunkowo niedawnej przeszłości
– z
początku XX w. Był to ubogi i chory umysłowo jegomość, który
przeprowadzał inspekcję ulic miasta, chodząc w co prawda starym
ale eleganckim aksamitnym stroju, uchylając na powitanie
przechodniów cylindra, a szczególnie grzecznie i
szarmancko kłaniając się mijanym paniom. Idąc natomiast ulicą
Laurinską trzeba uważać aby nie znaleźć się w obiektywie
Paparazzi czającego się za rogiem budynku nieopodal restauracji o
nazwie „Paparazzi” właśnie. Na pewno to jeszcze nie
wszystkie
figury jakie można tu spotkać, które nadają bratysławskiej
starówce tajemniczy klimat. Atmosferę tą dopełniają też
żywe postaci takie jak spotkany przez nas, koncertujący
człowiek-orkiestra, którego występ cieszył się sporym
powodzeniem. Muszę przyznać, że Bratysława, mimo że nie jest
miastem tak bogatym w zabytki jak oglądany przez nas dzisiaj Wiedeń
czy parę dni temu Budapeszt, to ma w sobie to
„coś”, co
przyciąga i może każe nam kiedyś znowu tu zajrzeć.
|