Rapsodia Węgierska
czyli Austro-(Słowacko)-Węgierskie wakacje A. D. 2006
 
Strona główna
Trasa
1. Wyjazd
2. Veľký Meder
3. Budapeszt
4. Bratysława
5. Győr
6. Wiedeń
7. Komárno
8. Esztergom
9. Podhájska
10. Powrót 
Księga gości
Kontakt
Document made with Nvu


WIEDEŃ

W piątek cały dzień spędzamy na kąpielisku w Veľkým Mederze. Tego dnia idziemy spać dość wcześnie, bowiem w sobotę 1 lipca czeka nas wczesna pobudka, z względu na wyjazd do Wiednia. Wstać musieliśmy dość wcześnie aby dojechać do Bratysławy na godzinę siódmą, bowiem do odprawy paszportowej należało stawić się pół godziny przed planowanym wypłynięciem wodolotu. Samochód zaparkowaliśmy na strzeżonym parkingu nieopodal przystani. Co prawda o tej godzinie nie było jeszcze tam parkingowego, mieliśmy nadzieję jednak, że niebawem się pojawi. Odprawa rozpoczęła się z opóźnieniem. Zakończyła się jednak zgodnie z planem, mimo że pasażerowie spoza Unii Europejskiej byli poddawani dość drobiazgowej kontroli, w tym bodaj jeden Japończyk i kilku przybyszów z Kolumbii, a szczególnie jeden z nich posiadający paszport w innym kolorze niż pozostali. Zawsze wydawało nam się, że najgłośniejszą nacją są Niemcy (szczególnie ci, pochodzący z obszaru dawnego NRD). Nic bardziej błędnego! Nie znaliśmy dotąd Kolumbijczyków. Hiszpański było słychać wszędzie: na pokładzie, pod pokładem, na dziobie i na rufie. Pięć, a jak się potem okazało w zasadzie cztery, osoby opanowały nasz wodolot błyskawicznie i nieodwołalnie. Wodolot (dość leciwa radziecka jeszcze maszyna) niósł nas po falach Dunaju w stronę Wiednia. Po ok. 3,5 km żeglugi wpływamy na część rzeki stanowiącą granicę pomiędzy Austria i Słowacją, która ciągnie się przez dalsze 7.5 km wzdłuż rzeki. Dalej juz po obu stronach widzimy Austrię. Po dalszych 30 km wpływamy do śluzy, podobnej, jaką widzieliśmy w Gabcikovie. Tym razem mamy możliwość obserwowania napełniania śluzy, z jej wnętrza. Cała operacja trwa dość szybko i zgodnie z planem około godziny 9.15 dopływamy do prowizorycznego pływającego pomostu w Wiedniu przy Handelskai na wysokości Lassallestraße. Na podbój Wiednia ruszamy zaraz po kontroli paszportowej (znowu Kolumbijczycy mają problemy), właśnie ulicą Lassallestraße, którą docieramy do parku rozrywki znanego pod nazwą „Prater”. Niestety nie mamy czasu aby go odwiedzić a poza tym jest chyba jeszcze za wcześnie aby był czynny. Na wysokości Prateru po prawej stronie ulicy, którą się posuwamy jest blokowisko wybudowane we wczesnych latach sześćdziesiątych. Robi dość ponure wrażenie, głównie za przyczyną wszechobecnego bałaganu. Zastanawiam się gdzie widziałem większy nieporządek: tu czy też w Ulciniju, na pograniczu Czarnogóry i Albanii. Na trawnikach przed blokami, walają się nawet wózki z marketów. Niezbyt dobre, pierwsze wrażenie jak na stolicę jednego z państw starej piętnastki! No ale, trzeba też powiedzieć, że mało kto dociera do Wiednia od tej strony. Nasz niemiecki jest dość pobieżny, podobnie jak informacje o miejskiej komunikacji w Wiedniu, postanawiamy więc zwiedzać miasto „z buta”, mimo że mijamy własne dość sporej wielkości węzeł połączeń tramwajowych i stację metra. Po chwili jesteśmy już na ulicy Praterstraße, która dochodzimy do mostu Schwedenbrücke nad kanałem Donaukanal, łączącym dzielnicę Leopoldstadt ze starówką (Innere Stadt), gdzie zmierzamy. Idąc dalej przez chwilę przykuwa naszą uwagę wyróżniający się nieco spośród otaczającej dość ciasnej zabudowy, gmach grekokatolickiej świątyni przy uliczce Griechenmarkt, którą docieramy do jednego z głównych ciągów handlowych Starego Miasta, jaką jest ulica Rotenturmstraße. Po chwili stajemy przed Katedrą Św. Szczepana na placu o tej samej nazwie. Widok jest wspaniały, co prawda ogrom budowli nie pozwala na wykonanie przyzwoitych zdjęć, bez użycia specjalistycznego sprzętu, mimo że plac, na którym stoi ma dość spore rozmiary. Po wyjściu z katedry, kierujemy się ulicą a w zasadzie placem Graben w kierunku pałacu Hofburg. Plac Graben to jeden z najważniejszych punktów w mieście, powstały w wyniku zasypania dawnej fosy (graben = kopać). Przez długie lata, plac ten pełnił rolę targowiska. Na obydwu krańcach placu znajdują się fontanny: na jednym Fontanna Józefa, na drugim Fontanna Leopolda, niemalże pośrodku stoi zaś Kolumna Morowa (Zarazy) (niem. Pestsäule), której wygląd i geneza przywodzi natychmiast na myśl kolumnę Św. Trójcy z Budapesztu. Przez chwilę nasz wzrok przykuwa fronton kościoła Św. Piotra na Petersplatz, gdzie wg. Legendy w 792 roku miał zatrzymać się Karol Wielki, z którego polecenia wzniesiono tu kościól na ruinach rzymskiego domu z IV w. Targiem Kapuścianym (Kohlmarkt) mijamy kościół Św. Michała i dochodzimy do Pałcu Cesarskiego Hofburg a ściślej jego części zwanej skrzydłem Św. Michała. Mijając bogato zdobiony portal wchodzimy na Dziedziniec Cesarski, gdzie dobiegają nas dźwięki muzyki. To oryginalna c.k. kapela wojskowa „Hoch- und Deutschmeister” w tradycyjnych niebieskich mundurach, która w każdą sobotę o godzinie 11 (od 29 kwietnia do 14 października) formuje się na ulicy Graben a potem przy dźwiękach muzyki maszeruje na wewnętrzny dziedziniec Hofburgu, zwany „In den Burg”, gdzie pod pomnikiem Cesarza Franciszka I daje czterdziestominutowy koncert złożony z utworów Franza Lehára, Carla Michaela Ziehrera i Roberta Stolza. Około godziny 12 orkiestra powraca marszowym krokiem na Graben. Kapela składa się z 35 muzyków w wieku od 18 do 82 lat. Historia tego wojskowego zespołu muzycznego sięga roku 1741. Każdy z instrumentów muzycznych kapeli (kosztujący od 3000 do 4000 euro) został wykonany na specjalne zamówienie oraz nastrojony o pół tonu wyżej niż zwykłe instrumenty, co powoduje, że muzykę tej orkiestry słychać szczególnie daleko. Atmosfera koncertu jest wspaniała, przybywa coraz więcej słuchaczy, nikt nie odchodzi. Każdy utwór jest nagradzany gromkimi brawami. Po wysłuchaniu koncertu udajemy się XVI w. portalem zwanym „Schweizertor” w kierunku Nowego Pałacu Cesarskiego (Neue Hofburg) a stamtąd do Volksgarten, ogrodów otwartych w 1820 roku, stanowiących niegdyś ulubione miejsce spotkań wiedeńskiej arystokracji. Chwilę odpoczywamy na ławeczce w nieopodal znajdującej się w centrum ogrodu świątyni Tezeusza. Wychodząc z ogrodów, znajdujemy się przy Teatrze Cesarskim, od którego już tylko kilka kroków dzieli nas od XIX w. Nowego Rarusza – wystawnego, reprezentacyjnego gmachu, przed którym trwają jeszcze ostatnie przygotowania do rozpoczynającego się dzisiaj a trwającego aż do 3 września festiwalu filmowego. Być w Wiedniu i nie wstąpić do jednej z tutejszych cukierni? Nie, to nie do pomyslenia. Niedaleko ratusza, pod numerem 8, jest prawdziwa wiedeńska cukiernia z tradycjami założona w 1891roku, Konditorei Sulka (http://www.sluka.at/), gdzie też skierowaliśmy swoje kroki, aby skosztować kawy po wiedeńsku. Kawiarnia jest na tyłach gmachu Parlamentu, który był kolejnym celem naszej wędrówki. Przed parlamentem mijamy fontannę Pallas Ateny – bogini mądrości, wraz z alegoriami Władzy Ustawodawczej i Władzy Wykonawczej. Zewnętrzna szata architektoniczna gmachu jest pod wyraźnymi wpływami antycznej sztuki greckiej. Budynek wręcz poraża jasnością ścian, szczególnie na tle dość zachmurzonego nieba. Idąc dalej nieco z boku zostawiamy Pałac Sprawiedliwości i docieramy do placu Cesarzowej Marii Teresy z wznoszącym się w jego centralnej części jej pomnikiem. Na wprost pomnika znajduje się główna brama wiodąca do pałacu Neue Hofburg (Burgtor), a po jego obu stronach plac zamykają dwa niemal identyczne sporych rozmiarów budynki. Są to muzea: Muzeum Historii Sztuki i Muzeum Przyrodnicze. W tym miejscu przedostajemy się na drugą stronę ulicy Ring aby wejść do ogrodów pałacowych gdzie zatrzymujemy się na chwilę przed pomnikiem Mozarta. W niedalekiej odległości są tu też pomniki Cesarzy: Franciszka I, Franciszka Józefa oraz (już poza obrębem ogrodu pałacowego) pomnik Goethego. Stąd po chwili dochodzimy do gmachu Opery Wiedeńskiej, skąd postanawiamy wracać już w kierunku Dunaju. Nasz powrót rozpoczynamy jedną z najstarszych ulic Wiednia Kärntnerstraße, która jako pierwsza w mieście, w 1974 roku została przekształcona w strefę ruchu tylko dla pieszych. Ze względu na jej niepowtarzalny charakter podkreślany przez dużą liczbę starych sklepów i kawiarni z ogródkami na wolnym powietrzu, a także występami ulicznych grajków i aktorów – jest ona popularnym bulwarem spacerowym – miejscem ulubionym zarówno przez mieszkańców jak i turystów. W jednej z księgarń kupujemy tu nową edycję ilustrowanego przewodnika „Wiedeń – Miasto Cesarskie”. Szata edytorska jest bardzo podobna do publikacji jakie już w tym roku nabyliśmy w trakcie naszych podróży, będąc w Londynie, Windsorze i parę dni temu w Budapeszcie. Zbliża się godzina druga popołudniu i tłok na ulicy jest dość spory a i w sklepach jest sporo ludzi. Nie przeszkadza nam to jednak zrobić tu i ówdzie zakupów. Gdy docieramy w okolice Donaukanal, nabrzeżem Franciszka Józefa posuwa się już wiedeńska odmiana berlińskiej Loveparade. Na motocyklach i naczepach ciągniętych przez ciągniki siodłowe jedzie różnokolorowa ekipa dość niecodziennie ubranej (lub nie) młodzieży. Przejazdu pilnują znaczne siły policji. Jednak wydaje się, że najwięcej jest gapiów. Impreza robi wrażenie dość żałosne. Nikt jednak nie protestuje, większość stojącej na chodnikach „publiczności” odbiera to jako swego rodzaju atrakcję turystyczną. Na Praterstraße wchodzimy na chwilę do Mc'Donalda i kupujemy coś na kształt obiadu zastępczego, który jednak konsumujemy już na ławeczce na przystani w oczekiwaniu na odprawę paszportową. Na chwilę przed planowanym wypłynięcia, pojawia się samochód z urzędnikiem straży granicznej i odprawa przebiega bez zbędnej zwłoki. Odpływamy zgodnie z planem o 17.00. W Bratysławie jesteśmy o godzinie 18.30, ale tu czeka nas jeszcze jedna, tym razem dość ślamazarna odprawa. Po dopełnieniu tego obowiązku ruszamy na spacer po Bratysławie, z zamiarem odnalezienia m. in. „Čumila podgladacza”. Po krótkim poszukiwaniu trafiamy na niego na narożniku ulic: Panskiej i Rybarskiej. Trzeba tylko uważaći, żeby się o niego nie przewrócić. Čumil to podglądacz, który zrobił sobie przerwę w pracy i wychylając się z ulicznego kanału, gapi się dziewczynom pod spódnice. Postać, dzieło artysty Viktora Hulíka, zyskała sympatię turystów i stała się ulubionym obiektem do fotografowania. Poza Čumilem są i inne postacie zaludniające bratysławską starówkę. Jeden z nich to żołnierz armii napoleońskiej opierający się o jedną z ławek na placu Hlavné námestie. Większość odwiedzających to miejsce jest przekonana, że jest o sam Cesarz Napoleon (głownie za przyczyną charakterystycznego nakrycia głowy), który przebywał wraz ze swą armią w Bratysławie w roku 1805). Ławka ma bardzo duże powodzenie i rzadko kiedy można z niej skorzystać. Na przeciwległym krańcu placu w budce wartowniczej stoi posąg żołnierza. Inna z postaci zaskakujących przechodnia to Schöne Naci, legenda Bratysławy ze stosunkowo niedawnej przeszłości – z początku XX w. Był to ubogi i chory umysłowo jegomość, który przeprowadzał inspekcję ulic miasta, chodząc w co prawda starym ale eleganckim aksamitnym stroju, uchylając na powitanie przechodniów cylindra, a szczególnie grzecznie i szarmancko kłaniając się mijanym paniom. Idąc natomiast ulicą Laurinską trzeba uważać aby nie znaleźć się w obiektywie Paparazzi czającego się za rogiem budynku nieopodal restauracji o nazwie „Paparazzi” właśnie. Na pewno to jeszcze nie wszystkie figury jakie można tu spotkać, które nadają bratysławskiej starówce tajemniczy klimat. Atmosferę tą dopełniają też żywe postaci takie jak spotkany przez nas, koncertujący człowiek-orkiestra, którego występ cieszył się sporym powodzeniem. Muszę przyznać, że Bratysława, mimo że nie jest miastem tak bogatym w zabytki jak oglądany przez nas dzisiaj Wiedeń czy parę dni temu Budapeszt, to ma w sobie to „coś”, co przyciąga i może każe nam kiedyś znowu tu zajrzeć.