BUDAPESZT
Kolejny
dzień – poniedziałek, 26 czerwca przeznaczyliśmy na wyjazd do
Budapesztu. Ruszyliśmy wzdłuż Dunaju na wschód, w kierunku
Komárna skąd dalej do miejscowości
Štúrovo gdzie
przekroczyliśmy granicę węgierską aby przejechać przez Esztergom,
które odwiedziliśmy specjalnie kilka dni później.
Dalej
podążaliśmy przez Dorog i Pilisvörösvár
aby po 128 km
zatrzymać się na obiedzie w budapeszteńskim... Mc'Donaldzie. Tu chwila
na lekturę wydruków ze strony http://www.budapeszt.infinity.waw.pl/index.html
oraz wczytanie w szare
komórki planu miasta i dalej w drogę! Pierwszym punktem
naszej
wizyty w Budapeszcie (nie licząc oczywiście Mc'Donalda) była
Góra Gellérta, gdzie dotarliśmy po mozolnym
wjeździe.
Tego dnia panował chyba największy upał podczas naszych wakacji i
klimatyzacja w naszym Kangoorku pracowała na najwyższych obrotach.
Zatrzymaliśmy się na parkingu u stóp Cytadeli i dalej
ruszyliśmy
pieszo, obserwując roztaczającą się stąd wspaniałą panoramę miasta.
Widok jaki się stąd roztacza powoduje, że nie sposób
zapanować
nad przemożną chęcią fotografowania, jaka ogarnia wędrowca –
stąd
jak widać – dość spora ilość zdjęć jakie zrobiliśmy z tego
miejsca. Podziwiając panoramę miasta dochodzimy do wrót
Cytadeli, twierdzy zbudowanej w połowie XIX wieku na rozkaz cesarza
Franciszka Józefa. Ma ona długość 220 metrów a
jej
szrokość dochodzi do 60 m. W niektórych miejscach jej mury
osiągają wysokość 16 m. Projektantem umocnień był generał Emanuel
Zitta. W chwili obecnej na terenie Cytadeli mieszczą się m. in.:
muzeum, restauracja wraz tarasem kawiarnianym, Hotel
„Citadella”, dyskoteka i 40 m Pomnik Wolności
(dawniej
zwany Pomnikiem Wyzwolenia). Można zobaczyć tu kilka wystaw i
ekspozycji, w tym wystawę historii wojskowości i sprzętu
artyleryjskiego, gównie będącego na wyposażeniu Armii
Radzieckiej w czasie II wojny światowej, wystawę fotograficzną
„Budapeszt w latach 1850 – 1945”,
zbiór figur
woskowych oraz wystawę fotograficzną pt. „Oblężenie
Budapesztu
1944”, zlokalizowaną w podziemnym schronie przeciwlotniczym.
Zarówno oglądając figury woskowe jak i np. motyw graficzny
tzw.
„glapy” (co prawda pozbawionej swastyki) na bilecie
wstępu,
widać nieco odmienny stosunek Węgrów do wojennej
przeszłości.
Otoczenie twierdzy stanowi też swoistą ciekawostę botaniczną, będącą
konsekwencją różnego stopnia nasłonecznienia jej
stoków:
północnego i południowego. Podczas gdy na południowym zboczu
można spotkać rośliny niemal tropikalne (w tym drzewa figowe, zasadzone
jeszcze przez Turków), na zboczach północnych
roślinność
ma charakter subalpejski.
Kolejnym celem naszej wędrówki po Budapeszcie było
Wzgórze Zamkowe. Z Góry
Gellérta zjechaliśmy
na dół do centrum miasta, w okolice placu Adama Clarka
(pomiędzy
Mostem Łańcuchowym a wjazdem do tunelu pod Wzgórzem
Zamkowym),
gdzie znajduje się dolna stacja kolejki sikló, podążającej
na
plac św. Grzegorza. Zatrzymaliśmy się na pobliskim parkingu,
wrzuciliśmy do parkometru wszystkie posiadane monety i otrzymaliśmy
bilet uprawniający do postoju przez najbliższe... 15 minut. Nie
wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że w obiegu są poza banknotami także monety
o nominale 100 HUF i takimi właśnie należało nakarmić parkometr. Z
braku możliwości wymiany pieniędzy w najbliższej okolicy postanowiliśmy
dostać się na Wzgórze Zamkowe samochodem, rezygnując z
wjazdu
kolejką. A szkoda, bowiem kolejka ta jest najstarszą tego typu w
Europie, a z okien jej wagoników roztacza się podobno
wspaniały
widok na miasto. Jadąc samochodem napotkaliśmy bramkę (taką jak u nas
przy wjazdach na parkingi) gdzie pobraliśmy stosowny bilet,
który stanowił podstawę do rozliczenia się przy wyjeździe.
Na
samym wzgórzu, a ściślej na placu Parad (Dísz
tér), pierwsze kroki skierowaliśmy na niewielkie targowisko
pamiątkami, głównie wyrobami rękodzieła ludowego. Obserwując
po
drodze wspaniałe kamienice w stylu barokowym, neoklasycznym i
eklektycznym (z których każda ma swoją historię i związana
jest
z mniej lub bardziej znaczącymi dla Budapesztu postaciami) udaliśmy się
dalej w kierunku placu Świętej Trójcy i kościoła Macieja
(Mátyás templom), który nieodparcie
przywodzi na
myśl wiedeńską świątynię pod wezwaniem św. Szczepana tym bardziej, że
tuż obok niego stoi kolumna Św. Trójcy –
wzniesiona jako
wotum po zakończenie epidemii dżumy pod koniec XVIII w. podobnie jak ta
w Wiedniu na Graben. Idąc dalej mijamy pomnik pierwszego
króla
Węgier, św. Stefana i dochodzimy do swoistego logo Budapesztu jakim
jest wielowieżowa, zwieńczona murami obronnymi budowla powstała w
miejscu dawnej Baszty Rybackiej, nosząca dziś jej nazwę. Nasyceni
wspaniałymi widokami roztaczającymi się z murów obronnych i
wież
a także zdumieni pięknem samej budowli udajemy się do kawiarni w
położonym tuż obok hotelu Hilton, gdzie poza raczeniem się wyśmienitą
kawą, zwiedzamy Wystawę Marcepanów Szabó,
zorganizowaną
przez Cukiernię Ruszwurm i Szabó Marcipán. Czego
tam nie
było? Przede wszystkim był jak przypuszczam sam właściciel firmy
Károly Szabó. Był to starszy jegomość, siedzący
przy
stoliku w głębi lokalu, wokół którego kelnerki i
obsługa
śmigały z prędkością światła. Ów starszy pan palił cygaro
godne
Sir Winstona Churchilla i prawie bez przerwy rozmawiał przez telefon
komórkowy. Otrzymaliśmy od niego zgodę na uwiecznienie
wystawowych eksponatów. Na wystawie można zobaczyć między
innymi: Basztę Rybacką (45 kg marcepanu, czas wykonania – 45
dni), Smerfy w niewoli u Gargamela, kota Garfielda w domowym zaciszu,
miniaturkę wiedeńskiej cukierni Café Konditorei K&K
Hofzuckerbacker L. Heiner, kaktusowy las (czas wykonania – 1
rok), Guliwer wśród Liliputów i wiele innych. Po
obejrzeniu wystawy udaliśmy się spacerkiem przez Wzgórze
Zamkowe, pośród wielu zabytkowych obiektów. Czas
nieubłaganie ucieka, pora zatem pomyśleć o powrocie. Kierujemy się
zatem do znowu w stronę Dunaju, gdzie jeszcze robimy kilka zdjęć na tle
budynku Parlamentu i... w drogę! Z Budapesztu kierujemy się na
północ. Na peryferiach miasta zatrzymujemy się jeszcze w
Auchan
na zakupy. Jadąc dalej, tuz za marketem widzimy starożytne
ruiny. Jest to Aquincum – ruiny miasta
powstałego w I
wieku naszej ery. Prace wykopaliskowe na tym terenie prowadzone są juz
od roku 1880 a tutejsze muzeum ma już ponad stuletnią historię.
Pierwszą miejscowością jaką napotykamy po opuszczeniu Budapesztu jest
Szentendre, którego najbliższe okolice zostały zasiedlone w
XVII
wieku przez Serbów uciekających spod panowania tureckiego. W
Szentendre znajduje się także sklep wspomnianej już wytwórni
Szabó Marcipán i wystawa – Muzeum
Marcepana oraz
wiele innych atrakcji turystycznych, miasteczko to bowiem stanowi
ulubione miejsce węgierskich artystów i ludzi sztuki.
Nieodparcie nasuwa się porównanie z Kazimierzem
nad Wisłą.
Niestety nie jest nam dane bliższe poznanie tego urokliwego zakątka
Węgier, czas jest nieubłagany. Jedziemy dalej wzdłuż Dunaju,
zatrzymując się na stacji benzynowej w kolejnym, wartym odwiedzenia
miejscu – Wyszechradzie, znanym z tego, że w latach 1335 i
1339
odbyły się tu zjazdy Kazimierza Wielkiego, króla Węgier
Karola
Roberta oraz czeskiego Jana Luksemburskiego a w 1991 doszło tu do
spotkania prezydentów Węgier, Polski i Czechosłowacji, co
dało
początek współpracy w ramach tzw. Trójkąta
Wyszehradzkiego. Na wysokiej górze nad Dunajem wznoszą się
słabo
widoczne z drogi ruiny zamku królewskiego z XIII-XV wieku.
Po
zatankowaniu kierujemy się w stronę przejścia granicznego ze Słowacją
Esztergom – Stúrovo a stamtąd dalej wzdłuż Dunaju
do
Komarna i naszej kwatery w Veľkým Mederze. Po drodze, w
pewnym
momencie jesteśmy przekonani, że zaczął padać deszcz. Prawda jest inna
– to niezliczone roje komarów majaczą w światłach
reflektorów i osiadają na szybie. Tablica rejestracyjna
stała
się niemal nieczytelna – nigdy przedtem nie spotkałem się z
takimi ilościami tych owadów. Nie na darmo Komarno nosi taką
nazwę. W Komarnie właśnie widzimy jeszcze jeden dowód na
scalanie się obu państw w jeden europejski organizm. Otóż
drogowskaz do otwartego, o ile dobrze pamiętam, przez 24 godziny na
dobę, marketu sieci Tesco, prowadzi na stronę węgierską, do części
miasta noszącej nazwę Komárom. Niestety resztę
forintów
puściliśmy jeszcze w budapeszteńskim Auchan i z tej propozycji nie
możemy skorzystać. Już nocą lądujemy u naszych gospodarzy. Dzień był
bardzo wyczerpujący, zatem plan na jutro: miejscowe kąpielisko termalne.
|