Rapsodia Węgierska
czyli Austro-(Słowacko)-Węgierskie wakacje A. D. 2006
 
Strona główna
Trasa
1. Wyjazd
2. Veľký Meder
3. Budapeszt
4. Bratysława
5. Győr
6. Wiedeń
7. Komárno
8. Esztergom
9. Podhájska
10. Powrót 
Księga gości
Kontakt
Document made with Nvu


BUDAPESZT

Kolejny dzień – poniedziałek, 26 czerwca przeznaczyliśmy na wyjazd do Budapesztu. Ruszyliśmy wzdłuż Dunaju na wschód, w kierunku Komárna skąd dalej do miejscowości Štúrovo gdzie przekroczyliśmy granicę węgierską aby przejechać przez Esztergom, które odwiedziliśmy specjalnie kilka dni później. Dalej podążaliśmy przez Dorog i Pilisvörösvár aby po 128 km zatrzymać się na obiedzie w budapeszteńskim... Mc'Donaldzie. Tu chwila na lekturę wydruków ze strony http://www.budapeszt.infinity.waw.pl/index.html oraz wczytanie w szare komórki planu miasta i dalej w drogę! Pierwszym punktem naszej wizyty w Budapeszcie (nie licząc oczywiście Mc'Donalda) była Góra Gellérta, gdzie dotarliśmy po mozolnym wjeździe. Tego dnia panował chyba największy upał podczas naszych wakacji i klimatyzacja w naszym Kangoorku pracowała na najwyższych obrotach. Zatrzymaliśmy się na parkingu u stóp Cytadeli i dalej ruszyliśmy pieszo, obserwując roztaczającą się stąd wspaniałą panoramę miasta. Widok jaki się stąd roztacza powoduje, że nie sposób zapanować nad przemożną chęcią fotografowania, jaka ogarnia wędrowca – stąd jak widać – dość spora ilość zdjęć jakie zrobiliśmy z tego miejsca. Podziwiając panoramę miasta dochodzimy do wrót Cytadeli, twierdzy zbudowanej w połowie XIX wieku na rozkaz cesarza Franciszka Józefa. Ma ona długość 220 metrów a jej szrokość dochodzi do 60 m. W niektórych miejscach jej mury osiągają wysokość 16 m. Projektantem umocnień był generał Emanuel Zitta. W chwili obecnej na terenie Cytadeli mieszczą się m. in.: muzeum, restauracja wraz tarasem kawiarnianym, Hotel „Citadella”, dyskoteka i 40 m Pomnik Wolności (dawniej zwany Pomnikiem Wyzwolenia). Można zobaczyć tu kilka wystaw i ekspozycji, w tym wystawę historii wojskowości i sprzętu artyleryjskiego, gównie będącego na wyposażeniu Armii Radzieckiej w czasie II wojny światowej, wystawę fotograficzną „Budapeszt w latach 1850 – 1945”, zbiór figur woskowych oraz wystawę fotograficzną pt. „Oblężenie Budapesztu 1944”, zlokalizowaną w podziemnym schronie przeciwlotniczym. Zarówno oglądając figury woskowe jak i np. motyw graficzny tzw. „glapy” (co prawda pozbawionej swastyki) na bilecie wstępu, widać nieco odmienny stosunek Węgrów do wojennej przeszłości. Otoczenie twierdzy stanowi też swoistą ciekawostę botaniczną, będącą konsekwencją różnego stopnia nasłonecznienia jej stoków: północnego i południowego. Podczas gdy na południowym zboczu można spotkać rośliny niemal tropikalne (w tym drzewa figowe, zasadzone jeszcze przez Turków), na zboczach północnych roślinność ma charakter subalpejski.

Kolejnym celem naszej wędrówki po Budapeszcie było Wzgórze Zamkowe. Z  Góry Gellérta zjechaliśmy na dół do centrum miasta, w okolice placu Adama Clarka (pomiędzy Mostem Łańcuchowym a wjazdem do tunelu pod Wzgórzem Zamkowym), gdzie znajduje się dolna stacja kolejki sikló, podążającej na plac św. Grzegorza. Zatrzymaliśmy się na pobliskim parkingu, wrzuciliśmy do parkometru wszystkie posiadane monety i otrzymaliśmy bilet uprawniający do postoju przez najbliższe... 15 minut. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że w obiegu są poza banknotami także monety o nominale 100 HUF i takimi właśnie należało nakarmić parkometr. Z braku możliwości wymiany pieniędzy w najbliższej okolicy postanowiliśmy dostać się na Wzgórze Zamkowe samochodem, rezygnując z wjazdu kolejką. A szkoda, bowiem kolejka ta jest najstarszą tego typu w Europie, a z okien jej wagoników roztacza się podobno wspaniały widok na miasto. Jadąc samochodem napotkaliśmy bramkę (taką jak u nas przy wjazdach na parkingi) gdzie pobraliśmy stosowny bilet, który stanowił podstawę do rozliczenia się przy wyjeździe. Na samym wzgórzu, a ściślej na placu Parad (Dísz tér), pierwsze kroki skierowaliśmy na niewielkie targowisko pamiątkami, głównie wyrobami rękodzieła ludowego. Obserwując po drodze wspaniałe kamienice w stylu barokowym, neoklasycznym i eklektycznym (z których każda ma swoją historię i związana jest z mniej lub bardziej znaczącymi dla Budapesztu postaciami) udaliśmy się dalej w kierunku placu Świętej Trójcy i kościoła Macieja (Mátyás templom), który nieodparcie przywodzi na myśl wiedeńską świątynię pod wezwaniem św. Szczepana tym bardziej, że tuż obok niego stoi kolumna Św. Trójcy – wzniesiona jako wotum po zakończenie epidemii dżumy pod koniec XVIII w. podobnie jak ta w Wiedniu na Graben. Idąc dalej mijamy pomnik pierwszego króla Węgier, św. Stefana i dochodzimy do swoistego logo Budapesztu jakim jest wielowieżowa, zwieńczona murami obronnymi budowla powstała w miejscu dawnej Baszty Rybackiej, nosząca dziś jej nazwę. Nasyceni wspaniałymi widokami roztaczającymi się z murów obronnych i wież a także zdumieni pięknem samej budowli udajemy się do kawiarni w położonym tuż obok hotelu Hilton, gdzie poza raczeniem się wyśmienitą kawą, zwiedzamy Wystawę Marcepanów Szabó, zorganizowaną przez Cukiernię Ruszwurm i Szabó Marcipán. Czego tam nie było? Przede wszystkim był jak przypuszczam sam właściciel firmy Károly Szabó. Był to starszy jegomość, siedzący przy stoliku w głębi lokalu, wokół którego kelnerki i obsługa śmigały z prędkością światła. Ów starszy pan palił cygaro godne Sir Winstona Churchilla i prawie bez przerwy rozmawiał przez telefon komórkowy. Otrzymaliśmy od niego zgodę na uwiecznienie wystawowych eksponatów. Na wystawie można zobaczyć między innymi: Basztę Rybacką (45 kg marcepanu, czas wykonania – 45 dni), Smerfy w niewoli u Gargamela, kota Garfielda w domowym zaciszu, miniaturkę wiedeńskiej cukierni Café Konditorei K&K Hofzuckerbacker L. Heiner, kaktusowy las (czas wykonania – 1 rok), Guliwer wśród Liliputów i wiele innych. Po obejrzeniu wystawy udaliśmy się spacerkiem przez Wzgórze Zamkowe, pośród wielu zabytkowych obiektów. Czas nieubłaganie ucieka, pora zatem pomyśleć o powrocie. Kierujemy się zatem do znowu w stronę Dunaju, gdzie jeszcze robimy kilka zdjęć na tle budynku Parlamentu i... w drogę! Z Budapesztu kierujemy się na północ. Na peryferiach miasta zatrzymujemy się jeszcze w Auchan na zakupy. Jadąc dalej, tuz za marketem widzimy starożytne ruiny.   Jest to Aquincum – ruiny miasta powstałego w I wieku naszej ery. Prace wykopaliskowe na tym terenie prowadzone są juz od roku 1880 a tutejsze muzeum ma już ponad stuletnią historię. Pierwszą miejscowością jaką napotykamy po opuszczeniu Budapesztu jest Szentendre, którego najbliższe okolice zostały zasiedlone w XVII wieku przez Serbów uciekających spod panowania tureckiego. W Szentendre znajduje się także sklep wspomnianej już wytwórni Szabó Marcipán i wystawa – Muzeum Marcepana oraz wiele innych atrakcji turystycznych, miasteczko to bowiem stanowi ulubione miejsce węgierskich artystów i ludzi sztuki. Nieodparcie nasuwa się porównanie  z Kazimierzem nad Wisłą. Niestety nie jest nam dane bliższe poznanie tego urokliwego zakątka Węgier, czas jest nieubłagany. Jedziemy dalej wzdłuż Dunaju, zatrzymując się na stacji benzynowej w kolejnym, wartym odwiedzenia miejscu – Wyszechradzie, znanym z tego, że w latach 1335 i 1339 odbyły się tu zjazdy Kazimierza Wielkiego, króla Węgier Karola Roberta oraz czeskiego Jana Luksemburskiego a w 1991 doszło tu do spotkania prezydentów Węgier, Polski i Czechosłowacji, co dało początek współpracy w ramach tzw. Trójkąta Wyszehradzkiego. Na wysokiej górze nad Dunajem wznoszą się słabo widoczne z drogi ruiny zamku królewskiego z XIII-XV wieku. Po zatankowaniu kierujemy się w stronę przejścia granicznego ze Słowacją Esztergom – Stúrovo a stamtąd dalej wzdłuż Dunaju do Komarna i naszej kwatery w Veľkým Mederze. Po drodze, w pewnym momencie jesteśmy przekonani, że zaczął padać deszcz. Prawda jest inna – to niezliczone roje komarów majaczą w światłach reflektorów i osiadają na szybie. Tablica rejestracyjna stała się niemal nieczytelna – nigdy przedtem nie spotkałem się z takimi ilościami tych owadów. Nie na darmo Komarno nosi taką nazwę. W Komarnie właśnie widzimy jeszcze jeden dowód na scalanie się obu państw w jeden europejski organizm. Otóż drogowskaz do otwartego, o ile dobrze pamiętam, przez 24 godziny na dobę, marketu sieci Tesco, prowadzi na stronę węgierską, do części miasta noszącej nazwę Komárom. Niestety resztę forintów puściliśmy jeszcze w budapeszteńskim Auchan i z tej propozycji nie możemy skorzystać. Już nocą lądujemy u naszych gospodarzy. Dzień był bardzo wyczerpujący, zatem plan na jutro: miejscowe kąpielisko termalne.